IV. Nadal milczała
piątek, 9 lipca 2010 14:52:49

Noc na Nokturnie była tak parszywa, że nawet blade światło księżyca nie chciało tu zaglądać, w obawie przed czyhającym za każdym rogiem niebezpieczeństwem. Ponura ciemność zdawała się wypełniać płuca, utrudniając oddychanie, a oczy, nawet pomimo usilnych starań, nie potrafiły się do niej przyzwyczaić. Jej buty z głuchym stuknięciem uderzały o brukowaną uliczkę, a nierównomierne oddechy zdawały się odbijać od ścian obskurnych budynków i wracać do uszu Eileen ze zdwojoną siłą. Chciała uciec, nie wracać tu więcej, schować się pod ciepłą i bezpieczną kołdrą, do samego rana nie wychylając spod niej nosa. Jednakże nie mogła i tylko ta myśl wypełniała teraz jej głowę. Musiała dotrzeć do Trzech Mioteł, odstawić schowaną pod płaszczem paczuszkę na ladę, przekręcić klucz w zamku i będzie wolna… przynajmniej do rana.
Nagle coś, a raczej ktoś, gwałtownie przyparł ją do ściany i nim zdążyła krzyknąć, zasłonił jej usta dłonią. Do nozdrzy dziewczęcia dostał się zapach znajomych perfum, połączonych z ostrą wonią alkoholu… Wzięła głęboki wdech, starając za wszelką cenę powstrzymać drżenie mięśni i spojrzała na swojego oprawcę najbardziej lekceważąco jak tylko była w stanie. Nie da mu tej satysfakcji, nie pokaże mu, że się go boi. Nie pokaże, że coś czuje.
Jak gdyby mógł zauważyć to w tak gęstym mroku.
- Wiesz co zrobiłaś, Prince? – usłyszała męski głos, dobiegający spod kaptura.
Milczała.
- Doskonale wiesz, co zrobiłaś – ciągnął dalej, zbliżając do niej swoją twarz. Wzdrygnęła się z obrzydzeniem, gdy jego pokryty kilkudniowym zarostem policzek otarł się o jej delikatną skórę. Przygryzł płatek jej ucha, palcami wodząc po dekolcie dziewczęcia – Wiedziałaś, że nie będę milczał wiecznie. Nigdy nie sądziłem, że będziesz pieprzyć się z moim umysłem, Prince.
Nadal milczała.
- Tym razem przesadziłaś, Prince, jak siebie kocham, przesadziłaś – wyszeptał, dłońmi błądząc po jej udach - I jeśli sądzisz, że skoro uniknęłaś kary przez te kilka miesięcy, ujdzie ci to na sucho to grubo się pomyliłaś. Lepiej miej oczy otwarte, bo wolałbym, żebyś na to patrzyła. Pożałujesz, Prince.
Zniknął. Teleportował się bez słowa, zostawiając ją samą z myślami i własnym odbiciem w przeciwległej szybie, które to uśmiechało się z satysfakcją.
Przesadziłaś...
***

- Możesz już iść – rzucił niedbale, nie zaszczycając nawet przelotnym spojrzeniem swojej towarzyszki.
Sięgnął po leżącą na mahoniowej szafce nocnej paczkę papierosów, po czym ze zniecierpliwieniem odpalił jednego – zabawne: był wywodzącym się ze znanej magicznej familii arystokratą, najlepszym uczniem swojego roku, wybitnym graczem Quidditcha oraz oddanym tępicielem czarodziejów brudnej krwi, a w wieku osiemnastu lat zdążył popaść w zgubny i całkowicie mugolski nałóg palenia. Gdyby to nie uwłaczało jego godności, może i sam nazwałby się hipokrytą. Dym, zbawiennie wypełniający płuca, działał kojąco na jego zepsute samopoczucie; od samego początku towarzyszyło mu przekonanie, iż wizyta w Dziurawym Kotle nie stanowiła najlepszego pomysłu, ale on jak zawsze musiał być mądrzejszy od samego siebie. Chciał pogrążyć ją jeszcze bardziej, na własne oczy ujrzeć jej poniżenie, udowodnić, jak nisko upadła… A tym czasem spoglądała na niego z wyższością – tak, jak zwykle, może trochę nieobecnie, ale po raz kolejny nie mówiąc ani słowa zmieszała go z błotem i upokorzyła o wiele bardziej, niż on byłby w stanie. Ponoć każdy ma swoją piętę Achillesową, a choć Vincent nadal łudził się, że został cały zanurzony w Styksie, to głęboko w swojej podświadomości wiedział, że to niemrawe coś potrafi zniszczyć go nawet nie otwierając ust.
- Myślałam, że mnie kochasz… - usłyszał cienki, niepewny głosik, dobiegający zza jego pleców.
Niechętnie obrócił się na drugi bok i obdarzył jasnowłose dziewczę, o całkiem przyjemnej aparycji i apetycznych kształtach, kpiącym spojrzenie; albo miała dziwne poczucie humoru, albo była głupsza, niż przypuszczał.
- Powiedziałem, że możesz już iść – odpowiedział spokojnie, układając się wygodnie na swoim łóżku.
Rozpłakała się – czyżby myślała, że go to wzruszy? Jaka niedorzeczność. Dokładnie tak samo, jak w ostatnich dniach z jego ojcem: wraz ze starym Averym i kilkoma innymi znajomymi, dał sobie namieszać w głowie. Prychnął ze zwątpieniem; jakiś dawny Ślizgon, Tom… jakkolwiek mu tam było, chyba kazał się nazywać Lordem, postanowił przejąć władzę w magicznym świecie. On wiedział, że to jedna wielka bzdura i błazenada – nikomu od czasów Grindelwalda nie udało się zasiać nawet ziarnka zamętu wśród społeczności, a jakiś chłystek, niedobitek pracujący u Borgina i Burkes’a, miałby odnieść sukces? Marzenia… starszy Nott chyba naprawdę się starzał.
- Wciąż tu jesteś – zauważył, wypuszczając dym przez usta.
Odpowiedział mu stłumiony dłonią szloch; dziewczyna w pośpiechu naciągnęła na siebie białą sukienkę, podniosła leżące na podłodze buty i szybko opuściła pokój. Czyżby znowu złamał czyjeś serce? Świadomość własnej atrakcyjności może przynieść więcej szkody, niźli pożytku… tak przynajmniej mówią, jednak on miał całkowicie inne zdanie na ten temat. Doskonale wiedział, że jest przystojny, że panie lgną do niego i spełnią każdą jego zachciankę, na leniwe skinienie palcem. I wykorzystywał tą wiedzę na każdym stawianym w życiu kroku.
Z jego idealnie skrojonych ust wydobyło się ciche westchnięcie, po czym bez zastanowienia wbił wzrok w biały sufit; na jego wysokim czole pojawiła się niezbyt głęboka zmarszczka, świadcząca o typowych dlań rozmyślaniach. Nie kochał jej, nie mógłby pokochać kogoś takiego – tego był pewien; nie miała ani jednej cechy, której szukał u potencjalnej wybranki: ani ładna, ani wybitnie inteligentna, ani też wygadana, za to całkowicie przeciętna i wykazująca dziwną skłonność do rozmowy z własnym odbiciem w lustrze. Odrzuciła go: nie raz, nie dwa, za to nie chciało mu się tego nawet liczyć. Nie, które wypowiadała w jego kierunku, było chyba najbardziej asertywnym słowem w całym jej życiu, przecież w pozostałych kwestiach jej uległość aż zaskakiwała.
- Pierdolona Prince – prychnął lekceważąco.
Kiedyś będzie jego, czy tego chce, czy nie…

***

Zapatrzona w swoje odbicie w brudnym talerzu, zupełnie straciła poczucie czasu. Ach, jak nienawidziła tego, kto go wymyślił! Przecież musiał być aż nazbyt sadystyczny, by obarczyć ludzkość tak okropnym darem! Ludzkie życie zmierzało w kierunku śmierci, dając namiastkę idylli, która zostanie odebrana wraz z ostatnim oddechem i biciem serca. A potem nastąpi jedynie wieczna ciemność…
Zamrugała nieprzytomnie powiekami, przenosząc wzrok z czyszczonego naczynia, na swojego szefa, który spoglądał na nią z pogardą i lekceważeniem. Wystarczyło, że wypowiedział jej imię, a ona już czuła się poniżona i zmieszana z błotem; te kilka tygodni pracy w Dziurawym Kotle zdołały uświadomić jej, jak koszmarne, bezcelowo i monotonnie maluje się jej dalsze życie. Patrząc, jak dawni przyjaciele pną się po szczeblach kariery, będzie sprzątać, przyglądając się, jak pijani jegomoście zatapiają nieudane pożycie małżeńskie w alkoholu, na świat spoglądając przez pryzmat denka szklanki po Ognistej Whisky. Jedyną alternatywą stanie się dlań podawanie im tego trunku. Połączone z wysłuchiwaniem iż żałosnych narzekań. Od czasu do czasu, jakiś w przypływie odwagi, czy Merlin jeden wie czego jeszcze, postawowi spróbować swoich sił i zacznie te okropne zaloty, przyprawiając ją śmierdzącym oddechem o odruchy wymiotne. Dziwiła się, jak Izzy mogła z własnej woli zdecydować się taką pracę: dla czarownic pochodzących z niemagicznym rodzin zaczęły się otwierać nowe ścieżki kariery, nie musiała przecież wybierać właśnie takiego losu – w przeciwieństwie do samej Eileen. Gdyby tylko panienka Prince mogła cofnąć ten przeklęty czas i należycie zdać egzaminy, już dawno by jej tu nie było – wyjechałaby jak najdalej, a potem dołożyła wszelkich starań, by jej noga więcej nie postała w tym plugawym miejscu.
- Myślisz, że połknęła język? – Izzy oparła dłoń na ramieniu Howarda i spojrzała nań pytająco – To się chyba czasem zdarza. Tak myślę.
Twarz młodszego z braci Blythe przybrała odcień purpury, gdy skóra dziewczęcia tylko musnęła jego pedantycznie wyprasowaną koszulę; wziął głęboki wdech, policzył w myślach do dziesięciu i już miał otworzyć usta, by coś powiedzieć, gdy odkrył, że nieważne, jak bardzo będzie się starał, przez jego gardło i tak nie wydobędzie się żaden dźwięk. Uwielbiał usadzać Callahana na miejsce, gdy ten zaczynał nadużywać powierzonej mu przez ojca władzy, jednakże obecność tej dziewczyny zdawała się odbierać mu całe pokłady odwagi, jakie tylko posiadał. Te kręcone jasnobrązowe włosy, duże oczy, każde w innym kolorze… nie mógł o nich nie myśleć, tak po prostu. Jeśli kiedykolwiek przez myśl przemknęło mu, że może coś mogło by z tego wyjść, to rozum krzyczał najgłośniej, jak się da, zakłócając sugestię serca.
- Cale, daj spokój – wydyszał niepewnie, usilnie starając się doprowadzić wyraz twarzy do normalności – Stresujesz pracowników, a potem dziwisz się, że wszyscy odchodzą. Kocioł nigdy nie będzie prosperował jak należy, jeśli straci wszystkie ręce do pracy.
- Lepszy brak pracowników, niźli brak kultury pracy i brudne naczynia – odparł z przekąsem.
- Braciszku, jak wyrażasz się o kobiecie? – zaśmiał się i wskazał ruchem głowy na pannę Prince, która nadal stała nieruchomo i wpatrywała się w swoje odbicie w talerzu.
Słyszała każde słowo, ale sama wolała nie zabierać głosu. Zawsze była podatna na presję otoczenia, nigdy nie potrafiła z nią walczyć – robiła dokładnie to, czego oczekiwali od niej inni. Nienawidziła mugoli, bo tak jej kazano. Zachowywała się jak na pannę z dobrego domu, bo tego od niej wymagano. Nie protestowała, bo nie było jej wolno. Przyjmowała swój los ze spuszczoną głową oraz podkulonym ogonem, nie walczyła i doskonale wiedziała, że kiedyś naprawdę tego pożałuje.
- Do twarzy ci w tym fartuszku. - W głosie odbicia pobrzmiewała satysfakcja. - Może nie jest to uzdrowicielski fartuch, ale chyba nigdy nie wierzyłaś, że uda ci się osiągnąć coś w życiu? Wpierw musiałabyś zdobyć coś takiego, jak asertywność, a to niestety wymaga umiejętności samodzielnego myślenia.
Przegrywała wojnę z własnym wizerunkiem, migoczącym w brudnym talerzu.
- Howardzie, nie miałeś przypadkiem zapłacić czynszu? - Callahan zacisnął palce na blacie lady, a jego kwadratowa twarz, upstrzona kilkoma ledwie widocznymi piegami przybrała barwę purpury.
- Miałem. Jednakże koniecznie potrzebuję do tego obecności panny Prince. Panowie z Ministerstwa nie słuchają jedynie uroczych kobiet, a my musimy ukryć nasz deficyt. Spowodowany nadmierną ilością wymówień. Eileen?
Zamrugała nieprzytomnie powiekami. Czy ktoś mówił coś do niej?

____

Tak, wiem, że to jest za krótkie jak na tak długą obecność i z pewnością nie tego można było się spodziewać, ale grunt, że jest. Najwyraźniej, zapadłam w sen zimowo-wiosenny.
A korzystając z okazji, chciałam wszystkich bardzo, bardzo zaprosić tutaj. PBF, rok 1982, trwają wakacje i wreszcie można się przekonać, co młodzi czarodzieje robią, gdy nie ma ich w szkole.
Komentarze (16) Dodaj

Szablon: wykonałam ja tylko i wyłącznie na potrzeby tego opowiadania. Zdjęcie znalezione w googlach, jedyny wykorzystany brush - photoszopowski. Sponsoruje mylog i interia.Mam glany w rozmiarze 36 i nie chciałabym ich użyć, więc proszę o trzymanie rączek na kołderce. Przystosowane do rozdzielczości: 1440x900. Najlepiej oglądać we Flocku, ewentualnie w Mozilli.
Bohaterowie Powiadamiaj Pokochaj Czytam


Spis treści:I~II~III~ IV~V